MENU

III. O godności, czyli jak było, trwać wiecznie nie może (wielkopolskie pola i lasy)

121
0
Świadoma śmierć jest naturalnym zakończeniem materialnego przejawienia. Jest ona transmutacją.
Jest jednak takie miejsce, w którym odbyła się ona na dużą skalę, dla wszystkich istot, które żyły w tej jednej wiosce i spełniały swoje istnienie, z pokolenia na pokolenie. Były bardzo samoświadome i zdając sobie sprawę z tego, że świat się zmienia i ich kres dobiega końca. W pełni swoich sił nie podjęły walki, z prymitywniejszym i agresywniejszym przeciwnikiem. Wyczuwając, że koniec jest bliski zebrali się w jednym miejscu, w jednej chacie i bez snu śpiewali. Najeźdzcy zaskoczeni prostym łupem podpalili budynek rozochoceni oczekując wrzasków odchodzącego życia. Śpiew trwał nieprzerwanie do samego końca. Wraz z dogasaniem ognia nadal tliła się również melodia.
A była to pieśń o najgłębszej godności życia i pogodzeniu się z jego kolejami. Mówiła o pięknie spełnionego życia, radości z uczestnictwa w najmniejszych nawet zdarzeniach, o wielkiej miłości do innych istot, natury i całego przejawienia. A nade wszystko o bezgranicznej zgodzie na przemianę w każdej postaci.

Jest również takie miejsce, które przepełnia dogłębnym smutkiem. Daje jednak zrozumienie głębi działania przestrzeni – związków pomiędzy przestrzeniami materialnymi, niematerialnymi i tymi pochodzącymi bezpośrednio ze źródeł świadomości.
W miejscu tym niegdyś kwitły najpiękniejsze jakie możemy sobie wyobrazić ogrody. Rajskość tych miejsc nadal zapiera dech choć dziś, w obrazach, które możemy zobaczyć wyobraźnią, są zaledwie odbiciem niegdysiejszej świetności. Wówczas były jednak żywym odzwierciedleniem piękna osób, które w tych miejscach żyły. Ogrody były przejawieniem potencjałów i pragnień wcielonych świadomości. Muzyka wibracji jaka przenikała ciała, wydzielana każdą komórką, każdym porem, współbrzmiała z melodią roślin i zwierząt. Miejsce, a było wiele takich przestrzeni na planecie, były oazami życia, punktami, w których stawała się największa kreacja.
Miejsce to, z biegiem czasu traciło swój potencjał. Energia, z tysiąclecia na tysiąclecie, opadała, co było to związane z naturalnymi cyklami planety. Tu nie ma jeszcze miejsca na smutek. Jako, że wszystko jest dobrze w całym stworzeniu, w każdej istocie drzemało głębokie zrozumienie tego procesu.
Przychodziły jednak kolejne i kolejne pokolenia, a wiedza w przekazach była przez kolejnych bajarzy coraz bardziej odkształcona od pierwowzoru. Jako, że wysokie wibracje przestrzeni zaniżały swój poziom naturalne było również, że każdy zapominał coraz bardziej tego kim jest.
I tak, w miejscach ogrodów, z których odeszły istoty przepełnione zrozumieniem, i pogodzeniem ze swoim losem wcielały się wpierw istoty chcące podtrzymać ich upadającą moc i potencjał. Pracowały w pocie i znoju, znosząc kolejne zawody na pogodę, warunki terenu i współpracowników. Z biegiem lat wypracowali różne miejsca kultu i rytuały, które miały przynieść efekt.
W ich miejsce przychodziły kolejne, które żyły już tylko przeszłym echem miejsca; których ewolucyjnym celem wcielenia było wspominanie przeszłości i nieustanne cierpienie za tym, co już nie wróci. Z resztek lasu postawili wielką, drewnianą budowlę – w swym zaślepieniu bólem złożyli las w ofierze w jego imię! Na niej to, na platformie położonej na najwyższym piętrze kapłan (wołchw) składał ofiary – wpierw z roślin, a później ze zwierząt.
Na nic jednak to wszystko.
Ból, znój z nową mocą wypaczał myśli i słowa. Pomniejszająca się z trosk i śmierci wioska zaczęła być najeżdżana przez inne, bardziej agresywne plemiona. Ludzie tak silnie nie potrafili pogodzić się ze swoim losem, że cała okoliczna przestrzeń zaczęła im w tym pomagać. Plemię, nie znając agresji, nie potrafiąc odejść, nie umiejąc się zmienić i jednocześnie nie mogąc przywrócić miejscu wcześniejszej światłości wymierało. Jedni z ostatnich, widząc, że ofiary z roślin i zwierząt nie przynoszą oczekiwanych efektów, nie potrafiąc zaś zwrócić się przeciwko, zaczęli składać ofiary z kawałków samych siebie. Nie znano tu samobójstw i nie poznano ich. Poznano natomiast ból i chorobę samookaleczenia.
Dziś miejsce jest całkowicie zatarte. Nie ma tu dłużej nic poza obrazem w pamięci pierwotnej wspaniałości i trudu jaki można podjąć, aby go utrzymać idąc pod prąd naturalnych procesów aż po samozniszczenie.

Zapraszam do kontaktu lukasz@nowespojrzenie.pl